Kolejny przystanek: Laos

Uwaga! Lojalnie uprzedzamy (jako, ze jestesmy spoleczenstwem obrazkowym), ze niniejszy wpis stanowi, tym razem, glownie slowo pisane i prawie pozbawiony jest dokumetacji fotograficznej. Niestety okazalo sie, ze moze byc jeszcze gorzej niz bardzo goraco. Moze byc potwornie goraco i ten zar tropikow wlasnie na moment nas wykonczyl…

Nasza trasa przebiega dosc standardowo czyli z kraju osciennego do kraju sasiedniego, zatem po Kambodzy przyszedl czas na Laos:)

Z Banlung kupilysmy bilet do Don Det w Laosie. Cena na dzis to 16$. Podroz do najlatwiejszych nie nalezy, poniewaz zaklada kilka przesiadek, powszechny standard uslugi czyli overbooking na pokladzie minibusa, klimatyzacje dzialajaca inaczej, dlugie oczekiwanie (ponad 3h) na kolejny pojazd i klasyczna mini-farse na granicy.

Otoz nie wiadomo skad, nagle zjawil sie pan od wiz, ktory ewidentnie czul sie Bogiem: wszystkich pospieszal, kazdemu rozkazywal, palaczy odseparowal od reszty grupy bo widocznie akurat byl tym Kambodzanczykiem dbajacym o zdrowie. Z naszych (jak sie okazalo blednych) informacji wynikalo, ze wiza na przejsciu ladowym jest niedostepna, zatem wyrobilysmy ja bedac jeszcze w Phnom Penh. Dlatego tez moglysmy przejsc granice we wlasnym zakresie,  trzymajac paszport w dloni i nie oddajac go zadnym posrednikom. Uznalysmy, ze postaramy sie nie placic dodatkowych dziwnych oplat, o ktorych w oficjalnych cennikach nie ma nawet wzmianki. Znow bylysmy jedynymi buntowniczkami, bo jak powiedzial pan z Ameryki – 5$ to nic takiego. No niby nie, ale z drugiej strony taka postawa powoduje, ze nagle kraje trzeciego swiata winduja ceny bez umiaru uwazajac, ze kazdy turysta z zagranicy ma na chacie prywatny bankomat. I dzisiaj to jest jedyne 5$ a jutro bedzie juz 15$. To wlasnie dlatego, w tych krajach, pokoje z grzybem na scianie kosztuja nawet 12$ a rower, gorszy od naszego rodzimego Wigry 3, osiaga niebotyczna cene 5$ za dzien. Poza tym, jak juz wspomagac to biedna, uczciwie pracujaca rodzine sprzedajaca posilki na nocnym straganie, a nie urzednikow co chowaja kase za pazuche i w najbiedniejszym kraju Azji poludniowo-wschodniej jezdza Lexusami. No wiec na przejsciu w Kambodzy udalo sie nie placic. Ania, na prosbe o 3$ za pieczatke, zrobila zdziwiona mine i powiedziala, ze jest bardzo zaskoczona bo to publiczny serwis a za taki dodatkowo sie nie placi. Natomiast w Laosie juz tak latwo nie bylo. Po wysluchaniu tego samego wyjasnienia pan urzednik zamknal okienko i powiedzial, ze paszportow nie odda dopoki nie zaplacimy;)

P1030002

Po stronie laotanskiej kolejny minibus a pozniej lodz i tak oto znalazlysmy sie na jednej z 4000 tysiecy wysp na Mekongu. To kolejne slawne miejsce imprezowe gdzie podroznicy przyjezdzaja na 2/3 dni, a niedzielni turysci zalegaja 9 tygodni pijac browary i palac jointy juz od 7 rano, jak nasi angielscy sasiedzi. Znow wyszlysmy na najnudniejsze, bo zamiast bawic sie od switu do zmierzchu czytalysmy ksiazki w hamaku;).

P1030008

Na Don Det nie ma bankomatow wiec gotowka jest niezbedna. Ceny przystepne – za bangalow z widokiem na rzeke obecnie placi sie niecale 4 dolary. Jedzenie rowniez relatywnie niedrogie. Bezkonkurencyjna okazala sie pani oferujaca skromne menu, ale za to kazda potrawa byla swieza. Wszystkie warzywa mieszkaly w specjalnym pojemniku a mieso w lodowce i dla nas to byl juz naprawde duzy plus. Na tym, co prawda, higiena tego miejsca sie konczy, ale smak i cena nam rekmpensowaly pozostale niedostatki. No i sama gospodyni: mila, usmiechnieta, niestroniaca od kontaktow z zagranicznymi goscmi. Do historii juz przejdzie sytuacja jak probowalysmy dowiedziec sie ile pani ma lat. Ania wskazujac na Lu pokazala na palcach 32 a na siebie 20, odmladzajac sie tym samym o ponad dekade i uporczywie przy tym twierdzac, ze ten zabieg byl niezbedny aby pani zrozumiala o co chodzi. Udalo sie!, ale przy okazji wyszlo, kto tu nie moze pogodzic sie z uplywem czasu;)

P1030013

Z powodow losowych, mamy wrazenie, ze nie do konca udalo nam sie przeeksplorowac wyspe, choc jeden dlugi spacer mamy zaliczony. Jak sie juz opusci strefe barow, restauracji i turystycznej bazy noclegowej to robi sie naprawde przyjemnie.

Udalysmy sie rowniez na sasiednia wyspe aby wyplynac w rejs i podpatrzec osobliwosc natury, czyli mieszkajace tam delfiny slodkowodne. Okazalo sie, ze samo przekroczenie mostu laczacego jedna wyspe z druga kosztuje turystow ponad 4$. Wraz z naszymi pozostalymi towarzyszami podrozy (Jacobem, ktory w wieku 65 lat i przy minimalnych srodkach finasowych postanowil szukac swojego miejsca na ziemi i kolezanka Litwinka, ktora po rocznej podrozy miala dosyc juz wszystkiego i zlapala takiego focha na Laos, ze wszystko ja wkurzalo) odmowilismy zaplaty i szturmem przeprawilismy sie przez most. Nie bylysmy dumne z tego procederu, ale tez zwyczajnie nie stac nas na to, aby uiszczac tak bezsensowne oplaty – to tak jakby kasowac zagranicznych turystow za przejscie ulica Swidnicka… No a delfinow finalnie nie widzialysmy bo jak juz sie zgodzilysmy zaplacic cene wyzsza od poczatkowej, jak juz udalo sie zapakowac dzielnie na lodke, to zaraz po wyplynieciu nasz sternik (a w zasadzie 3 sternikow) zawrocil do sasiedniego brzegu. Cala podroz trwala gora 5 min. No coz, przyczyna tego naglego zwrotu pozostanie dla nas tajemnica do konca, ale przynajmniej uslyszelismy „sorry”.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Kolejny przystanek: Laos

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s