Wino, kobiety i spiew, czyli z wizyta w Ratanakiri

Nie od dzisiaj wiadomo, ze muzyka i alkohol lagodza obyczaje. Mialysmy doskonala okazje przypomniec sobie o tym, kiedy chcac isc w slady Bronislawa Malinowskiego, zapragnelysmy udac sie na eksploracje wiosek mniejszosci etnicznych w prowincji Ratanakiri, uznawanej za jeden z najbiedniejszych obszarow Kambodzy. Zeby wejsc w komitywe z tutejsza ludnoscia nie trzeba bylo przedzierac sie z maczetami przez dzungle, dostalysmy sie tam dzieki pendolino o napedzie noznym, czyli, znanym i lubianym, rowerom.

P1020717

P1020937

Poczatkowo nic nie zapowiadalo, ze czeka nas sowicie zakrapiana impreza, rozpoczeta okolo poludnia, przegadana, stworzonym na potrzeby chwili, jezykiem migowym. Nie spodziewalysmy sie rowniez, ze o 14.30, na sporym juz rauszu trafimy pod strzechy kolejnej wioski, w ktorej akurat trwalo wesele…Ale po kolei.
Pierwsze dni spedzone w Ban Lung, stolicy prowincji, uplywaly pod znakiem przyrody i blogiego relaksu. Zazywalysmy kapieli, a to w niemal idealnie okraglym, glebokim na 48 metrow jeziorze, powstalym w kraterze, a to przy wodospadach, gdzie poznalysmy Mabelle, samotna podrozniczke z Peru, wiek 65 lat, choc z ducha dalybysmy jej 25.

P1020699

P1020711

I tu warto nadmienic o roznicach kulturowych, bynajmniej nie miedzy lokalsami a bialasami. Rzecz dotyczy europejczykow, a konkretnie Anglikow, Niemcow, Polakow i Hiszpanow. Kiedy docieralysmy do jednego z wodospadow uslyszalysmy glosny, tepy huk. Gdy doszlysmy na miejsce, okazalo sie, ze tuz za wodospadem oderwal sie potezny kawal skaly, co przytrafia sie pewnie raz na wiele lat. Dowiedzialysmy sie o tym przypadkiem, kiedy Mabelle zapytala Niemca i dwie Angielki, ktorzy byli tam przed nami, czy ten huk to rzeczywiscie bylo to. Zupelnie niewzruszeni potwierdzili, dodajac, ze 2 minuty wczesniej robili sobie tam zdjecia. Nasza nowa kolezanka podsumowala bardzo obrazowo prawdopodobna reakcje Hiszpanow czy chocby Polakow na takie zdarzenie – nie dosc, ze kazdego napotkanego osobnika ostrzeglibysmy goraczkowo o niebezpieczenstwie, to jeszcze, wierzacy czy niewierzacy, na wszelkie mozliwe sposoby deklinacji, przywolywalibysmy na cale gardlo imie Boga, wlasna matke czy chocby wydobyloby sie z naszych gardel soczyste, wymowne przeklenstwo. A tamci – nic, zen.;) ‚That’s life.’ – uslyszalysmy…
Pierwszy wieczor zakonczylysmy przy piwie, z cala banda innych poszukiwaczy wrazen. I tutaj poznalysmy Chloe, Francuzke, ktora przez kilka dni towarzyszyla nam w naszych poczynaniach.
Przemierzylysmy rowniez plantacje kauczuka, calkowicie umorusane czerwonym pylem, jako, ze asfaltowej drogi tutaj prozno szukac. Warunki mieszkaniowe w wioskach, w korych jak przypuszczamy, bytowali pracownicy plantacji, trudno nazwac nawet podstawowymi. Male izby, zbite z desek, czesto dziurawe, przykryte plandeka lub zwyklym plotnem, a na podworku gromadka dzieci. Nie jest to jednak w tym rejonie widok rzadki.
Na slowo komentarza zasluguje tez nasze miejsce zakwaterowania. Otoz, byl to najtanszy nocleg w calej dotychczasowej podrozy, gdyz za noc placilysmy 1 dolara od osoby. Miejsce nazywa sie Backpackers Pad, a nasz dorm stanowily 4 sciany, drewniana podloga przykryta linoleum i 6 materacy. Poczatkowo bylysmy jedynymi lokatorkami, ale podczas kolejnych dni najwyrazniej zainspirowalysmy pozostalych gosci, ktorzy widzac nas cale i zdrowe, niemal masowo emigrowali z pokojow dwuosobowych i drozszego dorma, do naszego lokum. Wiadomo, dolar do dolara, a na mrowki mozna przymknac oko…Spiac w takich miejscach trzeba miec swiadomosc licznej obecnosci naszych braci mniejszych, a wiec calego spektrum przedstawicieli okolicznej fauny. Koty, ktore moga w nocy spasc nam na glowe z belki pod sufitem, pajaki wielkosci pilki do pingponga zamieszkujace lazienke, zastepy mrowek, zaby w toalecie, gekony na scianach, a wszedzie dokola wszechobecne kury, kaczki, ktore przez dzieci traktowane sa jak maskotki, ogromne pasikoniki, i blizej niezidentyfikowane zwierzeta, ktore moga byc naszymi najblizszymi sasiadami lub nawet wspollokatorami.
Trzeciego dnia pobytu w Bang Lung, po szostej z kolei zupie z noodlami i kolejnej, moze czwartej bagietce w ciagu trzech dni (trudno bylo znalezc tu cos innego do jedzenia na nasza kieszen), pojechalysmy do wiosek, ktore mialy byc daleko i niemal niedostepne na rowerze, jak twierdzil wlasciciel naszego miejsca noclegowego, proponujac wycieczke z przewodnikiem za jedyne 50 dolarow. No coz, widocznie stal sie cud, gdyz nie bylo nawet tak duzo pedalowania. Dotarlysmy do pierwszej wioski, w regionie O’chun, tworzonej przez ludnosc Kreung, gdzie mialysmy okazje porozmawiac z mloda mieszkanka calkiem komunikatywnym angielskim; jej dom byl niezwykle prosty – typowa na tutejsze standardy kuchnia, a sypialnia to izba z drewanianymi belami.

P1020769

P1020772

P1020793

Zrobilysmy kilka zdjec i wowczas nastapila pewna konsternacja, gdyz nasza rozmowczyni zapytala czy moze je dostac. Lu powiedziala, ze mozemy je wyslac poczta, nie przypuszczajac, zeby dotarla tu jakakolwiek technologia…slyszac w odpowiedzi, ze mozna jak najbardziej wyslac je mailem. No tak… globalna wioska, doslownie!
W kolejnej wsi nastapic mial punkt kulminacyjny. Nie spodziewajac sie zadnych fajerwerkow spacerowalysmy wsrod domostw, podgladajac mieszkancow i dzieci, ktore jak na komende ustawialy sie do zdjec.

P1020818

P1020827

P1020890

Poobserwowalysmy przy pracy rodzine wyprawiajaca swiniaka, az spotkalysmy pewna pania, ktora bezceremonialnie chwycila nas za tak zwane chabety i zaciagnela wglab wioski.

P1020833

A tam…szalenstwo! Suto zastawiony stol pelen glonow, kiszonek i suszonych ryb. Wokol stolu okolo 10 ogromnych baniakow z roznego rodzaju winem ryzowym, do ktorego picia zostalysmy zaproszone w trybie natychmiastowym i nie znoszacym sprzeciwu. Glosna muzyka a rozochoceni mieszkancy siedza, pija, fajki pala. Naszym glownym zadaniem okazalo sie wypicie wina z kazdego baniaka, przy czym male lyki (wciagane przez rurke) przyjmowane byly z dezaprobata i demonstracja odpowiedniego sposobu picia.

P1020844

P1020839

P1020900

P1020865

P1020853

P1020863

P1020916

Jak mozna sie domyslic szybko naszla wszystkim ochota na plasy i tany.

P1020879

P1020924

Po okolo dwoch godzinach, chcac zachowac swiadomosc, pozegnalysmy sie z gospodarzami jadac do kolejnej wioski, gdzie czekala nas powtorka z rozrywki, choc na mniejsza skale.

P1020965

P1020977

P1020984

Do dzis zastanawiamy sie z jakiej okazji wyprawiana byla ta, jedna z najciekawszych i najlepszych w naszym zyciu, impreza. Ania twierdzi, ze byl to slub, Lu natomiast jest zdania, ze pogrzeb. Jakkolwiek by nie bylo, wspomnienia z zabawy, autentyzm, goscinnosc mieszkancow i smak wina ryzowego pozostana nam w pamieci na dlugie lata.
W Ratanakiri zakonczylysmy przygode z Kambodza, krajem czerwonej ziemi, domow na palach, amoku i palacego slonca. Teraz przejac mial nas Laos…

Reklamy

2 thoughts on “Wino, kobiety i spiew, czyli z wizyta w Ratanakiri

  1. a ja powiem, ze miesiac opoznienia 😛 nie, no spoko, wiem, sie pisac sie nie chce w podrozy… czekam na kolejny wpis. dyscyplina musi byc, a pozniej z dystansu jak sie na bloga spojrzy to az sie milo zrobi.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s