jak sliwka w Kampot, czyli tam gdzie pieprz rosnie

Do Kampotu mozna wpasc na chwile, ale mozna tez w niego wsiaknac na dobre, tak jak Wloch, ktory stworzyl w tym miasteczku uliczna ‚pizzerie’ o wdziecznej nazwie „Ciao” (jakzeby inaczej?!:). Zalozyc tu wlasny biznes to bulka z maslem – wystarczy 5 plastikowych krzeselek, prosty boombox, mur i kawalek zaslony. Przyda sie jeszcze piec, niekoniecznie w stylu wroclawskiego foodtrucka Happy Little Truck (z ktorego Quattro Formaggi sni sie nam zreszta po nocach) i hulaj dusza! Po dwumiesiecznej podrozy, w ktorej dominujacymi skladnikami diety sa ryz i nudle, prawdziwa wloska pizza, w rozmiarze raczej przecietnej focacci, zakupiona za bajonska sume 3 dolarow, to istny szal dla podniebienia. 

P1020435

Biali przedsiebiorcy tworza tu swoista spolecznosc; w kazdy czwartek, w jednej z knajp przy rzece, mozna posluchac nawet muzyki na zywo w wykonaniu bandu o mieszanym, zachodnio-kambodzanskim skladzie. Doswiadczenie ciekawe, bo, z calym szacunkiem, ale brzmien rockowych w Kambodzy sie nie spodziewalysmy. Pomimo calego bogactwa inwentarza, biali jednak tu nie przeszkadzaja. 

W Kampocie mozna poczuc sie jak u siebie. Mozna sie nim delektowac. Zycie plynie leniwie, nawet wszedobylski, wsciekly ryk skuterow jakos tu nie dotarl. Na skwerach otoczonych przez rzedy kolonialnych budynkow slychac krzyki dzieci, co starszym czytelnikom (czyli w naszym wieku) kojarzy sie nieodzownie z czasem dziecinstwa.

P1020276

P1020259

P1020269

P1020263

Do tego otoczenie gor, rzeka, jezioro, dziesiatki pieknych wiosek, plantacje pieprzu czy pola solne tworza atmosfere miejsca, ktorego nie chce sie opuszczac. Do pelni szczescia brakuje moze jedynie babcinego kompotu;)

P1020303

P1020420

P1020325

P1020337

P1020404

pieprz

P1020401

P1020360

P1020414

P1020368

Pewna ciekawostke, ktora poniekad uleczyla nasze zbolale zoladki, stanowil swietnie wyposazony market, tj. z szerokim wyborem serka topionego marki ‚krowka smieszka’ i puszkowanej mielonki, ktora smakowala nam nawet bardziej niz na obozie harcerskim. Skutecznie zlagodzila skutki poteznego zatrucia, ktorego nabawilysmy sie w rzekomym raju Koh Rong, ktory faktycznie okazal sie rajem jedynie dla wirusow i bakterii. 

Jeszcze wiekszym zaskoczeniem byl nocny market, gdzie najwieksza atrakcja to karuzela dla dzieci o wygladzie ogromnej kury. 

P1020298

Z minusow Kampotu nalezy przytoczyc unoszacy sie wokol targu zapach duriana, ktorego nie sposob opisac. Owoc to nieco pokrzywdzony – w smaku calkiem niezly, ale jedynie pod warunkiem, ze wylaczy sie powonienie. O intensywnosci jego ‚aromatu’ niech najlepiej swiadczy przepis zabraniajacy wnoszenia duriana na poklad samolotu. W Kampocie durian doczekal sie jednak wlasnego pomnika, w centralnym punkcie miasta, gdyz cieszy sie tutaj niezwykla pozycja – dumnie prezentuje sie w towarzystwie ananasow, kokosow i owoca, ktorego nazywamy liczi, choc najprawdopodobniej liczi to nie jest. 

P1020232

Smacznego!

Reklamy

2 thoughts on “jak sliwka w Kampot, czyli tam gdzie pieprz rosnie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s