Kraina sciekiem plynaca i inne historie…

Poludnie Kambodzy, w naszym wykonaniu, to Koh Kong, gdzie przybylysmy, aby wybrac sie na trekking wglab lasu kardamonowego, zobaczyc las namorzynowy i wodospad Tai Tai. Pierwszy cel zostal wyeliminowany zaraz po zapoznaniu sie z cennikiem, gdyz jednodniowa 3h wycieczka utarta, wydeptana sciezka, kosztowala ponad 25 dolarow. Poza tym chcialysmy czuc sie jak w dzungli, a nie jak na spacerze po Parku Szczytnickim. Niestety, kazda inna, ambitniejsza juz opcja, kosztowala horrendalne pieniadze wiec postanowilysmy odlozyc ten plan na pozniej. Zostal zatem wodospad, w porze suchej wygladajacy jak strumyk i las namorzynowy, ktory zrobil na nas duze wrazenie, choc na zdjeciach bardziej straszy niz zachwyca.

P1010878

P1010857

Hitem naszego pobytu w Koh Kong nie byl jednak owy las czy wodospad widmo (choc kapiel w rzece, w krystalicznej wodzie, byla ogromna przyjemnoscia). Najciekawsza okazala sie wycieczka rowerowa do wioski muzulmanskiej, ktora, mimo ze obrastala w smieci, zafascynowala nas zupelnie. Odwiedzilysmy tez szkole i 2 wioski rybackie na palach. W jednej z nich zaproszono nas do domostwa, zamieszkiwanego, rzecz jasna, przez kilka pokolen.

P1010936

P1010969

Dalej udalysmy sie do kurortu Sihanoukville, ktory jest rownie popularny wsrod turystow, co wsrod ludnosci lokalnej. Jest on miastem, ktorego raczej sie nie zwiedza. Celem sa plaze, rozne, w zaleznosci od zasobnosci portfela. My wyladowalysmy w czesci backpakerskiej. Dzieki pomocnej dloni dwoch Dunczykow od razu znalazlysmy tani nocleg w hostelu o dosc adekwatnej do miejsca nazwie „Utopia”. Obysmy takich noclegowni juz na swojej drodze nie spotkaly! Dwa dolary od osoby za dorma nas skusily, ale polaczenie sodomy i gomory z obozem koncentracyjnym nas przeroslo. Wszechobecny syf spowodowal, ze wyjscie do toalety czy wziecie prysznica bylo czynnoscia poprzedzona dluga kontemplacja, a pokojowe boksy i drewniane prycze przywolywaly na mysl niemile skojarzenia. No coz, pomyslalysmy, skoro wybor noclegu nam nie wyszedl to moze przynajmniej dobra kolacja i jakas fajna impreza? Kolacja nam sie udala. Nic dziwnego, bo chyba 15 razy przemierzylysmy ulice z restauracjami dla turystow, bacznie studiujac kazde menu. Wygral lokal oferujacy darmowe pieczywo czosnkowe i piwo za 0,50$. Dodatkowo zdumialo nas bogactwo proponowanych tam uslug, poniewaz kelner przynoszac rachunek, zapytal otwarcie czy nie chcialybysmy kupic przy okazji marihuany. Z impreza bylo juz gorzej. Klubow, co prawda, nie brakowalo, bo na waskiej plazy roilo sie od roznorakich bud, gdzie mozna bylo nawet zalapac sie na darmowego, powitalnego drina. Muzyka byla jednak beznadziejna i glosna, a klientela skladala sie w calosci z rozwydrzonych pijanych nastolatkow z zagranicy i lokalnych, skapo ubranych pieknosci, plasajacych odwaznie i z nadzieja, ze poznaja swojego ksiecia z bajki. A takich w sumie nie brakowalo… Klimat totalnie nie nasz, zatem postanowilysmy udac sie na pobliska Koh Rong, marzac o rajskiej wyspie. Niestety nic bardziej mylnego! Koh Rong byla sielska i anielska, ale kiedys. Dzisiaj to kraina sciekiem plynaca i to nie jest przenosnia a smutna rzeczywistosc. Po pierwszej tropikalnej ulewie kanalizacja nie wytrzymala i caly syf splynal na plaze, saczac sie wprost do morza. I nikomu to nie przeszkadzalo, ani mieszkancom, ani turystom, ktorzy codziennie rano rozkladali sie na swoich reczniczkach, tuz obok sciekow. Zastanawialysmy sie z Lu, jak nie przeszkadzal im ten fetor, ale uznalysmy, ze wykonczeni zyciem nocnym nie mieli sily na szukanie lepszego miejsca. 

P1020200

No wlasnie, Koh Rong to wyspa wylacznie imprezowa, ktora w dzien jest jeszcze znosna, ale w nocy, dla tych co nie maja zamiaru bawic sie do upadlego, staje sie pieklem na ziemi. Najgorsza byla muzyka – wszechobecna, przerazliwie glosna i nie do zniesienia. Co noc, w pokoju, staralysmy sie zasnac a kazda proba konczyla sie fiaskiem. Jak nie najnowszy hit dyskotekowy, to grupa rozwydrzonych Niemcow, i tak w nieskonczonosc. Byla oczywiscie mozliwosc wynajecia bungalowu na peryferiach, ale cena za taki luksus wahala sie od 30$ do 100$.

P1020210

P1020032

Kolejnym elementem czyniacym nasz pobyt nie do zniesienia byl najpopularnieszy hit kulinarny, czyli grill. Smrod byl nie do wytrzymania. Wedlug naszej analizy podpalke stanowily smieci, ktorych akurat na wyspie nie brakowalo, ale jak stwierdzil nasz kolega z Izraela, powodem moglo okazac sie rowniez mieso nieznanej prowieniencji, ktore moglo byc kurczakiem, szczurem lub piekna blondynka z Los Angeles.

P1020044

P1020145

Ktos moze spytac: Co nas trzymalo na tej wyspie skoro juz po pierwszym dniu mialysmy dosyc? Otoz odpowiedz jest prosta: sprawy zawodowe!;) Juz drugiego dnia najelysmy sie jako barmanki/sklepikarki. Nie byla to praca naszych marzen, ale jak wiadomo, zadna praca nie hanbi. Dodatkowo w czasie rocznej podrozy priorytety ulegaja przewartosciowaniu. Przede wszystkim, zabawnie bylo byc na uslugach kambodzanskiego dziadka, ktory z duma wskazywal nam kolejne czynnosci lezac calymi dniami w hamaku. Kolejnym absurdem byl fakt, ze Pan dziadek zmienial ceny tych samych produktow jak mu sie podobalo (nie wszystkie byly ometkowane). Raz te same papierosy kosztwaly 0.75$ a raz 1.50$. Ale na tym nie koniec osobliwosci. Najlepiej jak Pan dziadek probowal sam nawiazac kontakt z klientem i majac dosyc juz sprzedazy, mowil do niego „go away” (pol. idz stad). Zdarzyla sie tez sytuacja jak wyrwal klientce z reki (a pozniej nie chcial oddac) produkt zakupiony w innym sklepie myslac, ze to od niego.

P1020028

Dzieki naszej pracy mialysmy tez okazje za darmo wypozyczyc kajak i przeplynac do drugiej, niezamieszkanej wysepki, znanej z dobrych warunkow do ogladania rafy koralowej. Zycie podwodne faktycznie kwitnie tu w roznych kolorach. Przeprawa ta zajela nam w jedna strone ok. godziny, co, zwazywszy na samopoczucie, z jakim sie tam wybralysmy, nalezy uznac za znakomity wynik. Szykowalysmy sie bowiem na armaggedon, czyli tzw. zemste faraona, dopadajaca wczesniej czy pozniej kazdego podroznika. Zatrucie, czy to wolowina o smaku podeszwy, jak w przypadku Lu, czy tez innymi specjalami kucharki (transwestyty) naszego pracodawcy, jak w przypadku Ani, trwalo niemal tydzien i zmusilo nas do nader czestych wizyt w toalecie, a zapach grilla przyprawial o depresje. Jak sie pozniej okazalo, nie bylysmy jedyne, bo zatruciu na wyspie ulegl co drugi wczasowicz. Szkoda, bo Koh Rong ma zadatki na miejsce niezwykle. Po jej drugiej stronie, po pokonaniu pieknej trasy przez dzungle, miejscami zahaczajacej o wspinaczke, wylania sie Long Beach, bajeczna, biala plaza z krystaliczna woda. Nie brakuje tu entuzjastow spedzania nocy w hamaku, ale rowniez i amatorow wyrzucania plastikowych butelek gdzie popadnie. Pieknych plaz tu zreszta dostatek, ale niedostepnych dla zwyklych zjadaczy chleba, chocby dlatego, ze Amerykanie kreca tu tv show – Survivors. P1020004   P1020011

Skorzystalysmy z jeszcze jednej atrakcji Koh Rong – nocnej kapieli w morzu, gdzie skrzy sie srebrzysty plankton. Wystarczylo nieco zmacic ton, aby rece i nogi oplatala srebrna luna. Prawie jak brokat na Sylwestra:)

Reklamy

One thought on “Kraina sciekiem plynaca i inne historie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s